strona główna
program zdrowienia
podstawy działania
świadectwa
  - czym dla mnie jest Pascha...
  - 15 miesięcy w Passze...
  - wszystko ma swój czas
  - historia Alana Medingera
  - Artur z Paschy
  - kleryk Tomek
  - Jacek z Paschy
  - Maciek z Paschy
  - Krzysztof z Paschy
lektury
ważne pytania
współpraca
sponsorzy
linki
kontakt
mapa strony




świadectwo Artura z Paschy

Urodziłem się w niewielkim miasteczku na wschodzie Polski. Mieszkaliśmy z mamą, tatą i dwójką starszych braci w małym domku na obrzeżach miasta. Mama była nauczycielką w szkole w pobliskiej wsi, tata fizykiem i pracował w instytucie w drugim mieście. Codziennie dojeżdżał do pracy półtorej godziny w jedną stronę, więc w tygodniu widywaliśmy się bardzo mało. Nie mam zbyt wielu wspomnień z nim związanych, tylko kilka „fotografii” w głowie: jak uczył mnie czytać, pisać i liczyć, jak chodził ze mną do Kościoła, nad rzekę, wyjaśniał świat. Zawsze wyczekiwałem, kiedy tata będzie miał chwilę czasu, żeby pójść na spacer po torach, do lasu, nad rzekę. Cieszyłem się jak był na zwolnieniu lekarskim w domu, bo wtedy tyle miał dla mnie czasu razem. Nie mogliśmy się tylko porozumieć w sporcie, niezbyt chętnie grałem z nim w piłkę.

Gdy miałem 5 lat, tata miał wypadek, umarł tego samego dnia w szpitalu. Nie płakałem chyba, nie docierało do mnie do końca co się stało. Niby nie pamiętam, żebym jakoś strasznie tęsknił za nim, ale w tym samym czasie zaczęły się koszmary nocne, stałem się bardzo wystraszonym i płaczliwym dzieckiem, bałem się obcych ludzi, nowych miejsc, podróży. Dużo też spędzałem czasu u lekarzy, z bólem brzucha niewiadomego pochodzenia. Pamiętam jeszcze jedno uczucie – bycia innym, gorszym niż wszystkie inne dzieci. Musiało przecież być ze mną coś nie tak, skoro tylko ja nie miałem taty.

Powoli zapominałem ojca, a z mamą o tacie nie rozmawiałem, bo nie chciałem żeby płakała. Niedługo potem moi dwaj starsi bracia wyjechali z domu na studia, wkrótce założyli rodziny, a ja zostałem sam z mamą. Bardzo tęskniłem za braćmi, Co drugi weekend spędzali w domu. Płakałem kiedy wyjeżdżali na uczelnie. Po śmierci ojca mama musiała sobie ze wszystkim poradzić, nie wiem jak, ale zdołała utrzymać Bartka, Roberta i mnie z pensyjki nauczycielki w wiejskiej szkole i różnych dodatkowych prac. Czasem myślę, że w walce o nas i o siebie zgubiła serdeczność i ciepło, nauczyła się być twarda i wymagająca. Pamiętam jak wracałem z przedszkola ze spodniami podartymi na kolanie i wiedziałem już, że w domu czeka mnie kara. Jednak ból fizyczny nie był najgorszy, tylko rosnący strach przed zbliżającą się karą, po którą sam musiałem posłusznie przyjść. Przewinienia były drobne i raczej oczywiste dla wieku przedszkolnego – a więc i częste, jak kary. Potem mama demonstracyjnie zażywała stos tabletek na serce, upewniając mnie, że to wszystko moja wina. Uczyniła mnie odpowiedzialnym za swoje zdrowie i życie, kiedy miałem 6 lat. W nocy często nie spałem, tylko nasłuchiwałem oddechu mamy w sąsiednim pokoju, bałem się że kiedy wstanę rano, to ona będzie martwa. Gdy dorastałem i coraz bardziej chciałem decydować o sobie, nakazy i zakazy mamy przestawały skutkować, a mama chciała kontrolować wszystko, znajomych, wyjścia z domu, zainteresowania, sport. Zdrowie pozostawało karta przetargową jeszcze przez długi czas. Matka przekazała mi również sporo strachu przed przyszłością i przeświadczenia, że nic dobrego nas już nie spotka. Byłem zdolnym dzieciakiem, a ciekawość świata rozbudzona przez tatę sprawiła, że uczyłem się chętnie i szybko. Dla mamy jednak najważniejsze były same oceny, nie tolerowała niedociągnięć, choćby w postaci minusa przy piątce, stale porównywała mnie we wszystkim z innymi. Nigdy nie byłem wystarczająco dobry Kontakty z innymi dziećmi zostały mi mocno ograniczone, za każdym razem, gdy chciałem wyjść na boisko, mama sprytnie odwodziła mnie od tego zamiaru – po rozmowie nabierałem przekonania, że i tak nikt nie zechce się ze mną bawić, zostawałem więc w domu.

Nie mogę powiedzieć, że było źle, bo miałem co jeść, gdzie spać, względny spokój, było sporo dni, kiedy mama była pogodniejsza. Ale faktem jest, że i wtedy oczekiwałem na „coś” z niepokojem. Szybko nauczyłem spędzać czas samemu, „nie mieć problemów” i nie sprawiać kłopotów. Gdzieś w trzeciej klasie podstawówki przestałem być płaczliwym dzieckiem, udało mi się zablokować płacz na ponad 10 lat, a strach przed światem zewnętrznym zręcznie ukrywać. W razie zagrożenia potrafiłem napyskować, uderzyć, wyśmiać i pokazać, że mam wszystko głęboko i w poważaniu. Klasyczna mimikra.

Talentów i intelektu miałem dostatek, do sukcesów w szkole i poza nią się przyzwyczajałem, do czego się nie zabierałem, zazwyczaj stawałem się w tym najlepszy; do dziś moje niepowodzenia można policzyć na palcach jednej ręki. Odczuwałem potworny strach przed porażką, a po zwycięstwie ulgę, zamiast radości, że „znów się udało”. Nigdy jednak nie zdołałem udowodnić sobie samemu, że choć w połowie jestem tak dobry i wartościowy jak inni. Obawiałem, się, że któregoś dnia wszyscy i tak domyślą się, że nie jestem taki mądry i fajny jak się wydaje.

| 1 | 2 | 3 | 4 | następna >>
powrót na górę