strona główna
program zdrowienia
podstawy działania
świadectwa
  - czym dla mnie jest Pascha...
  - 15 miesięcy w Passze...
  - wszystko ma swój czas
  - historia Alana Medingera
  - Artur z Paschy
  - kleryk Tomek
  - Jacek z Paschy
  - Maciek z Paschy
  - Krzysztof z Paschy
lektury
ważne pytania
współpraca
sponsorzy
linki
kontakt
mapa strony




wszysko ma swój czas

Moje świadectwo, które (mam nadzieję) stanie się okazją do refleksji i pomoże, uświadamiając, że nie jest się samemu.

Przede wszystkim, muszę się cofnąć w czasie. Siedem lat temu zacząłem walczyć o swoją czystość, zaczynając zdawać sobie sprawę z powagi problemu masturbacji. No i tak się podnosiłem, upadałem, żeby się podnieść na nowo. Wiele mnie to nauczyło. Swoją potrzebę bliskości zaspokajałem, w tamtym czasie, we wspólnocie, gdzie robiłem furorę. Podziwiano mnie, a ja miałem gdzie uciekać przed nielubianym domem i rodziną, w której źle się czułem. O ile w kościele byłem gotów zrobić wszystko, zostawać bardzo późno, żeby przy czymś pomóc, o tyle w domu miałem (i mam do dzisiaj, ale już chyba z innych powodów) problemy z pozmywaniem naczyń. Więc znalazłem fajne miejsce, gdzie, pod pozorem służby, zaspokajałem swoje potrzeby. Na szczęście znalazłem się w Kościele, a nie gdzie innej. Kiedy uświadomiłem sobie istnienie problemu homoseksualnego, byłem już po paru latach formacji. (Zawsze było we mnie jakieś przekonanie o jakiejś nienormalności, jak choćby na wuefach). I tutaj jest pierwsze i bardzo ważne odkrycie ostatniego czasu: uświadomiłem sobie, że nie jestem gorszym facetem. Prawda ta jeszcze do mnie dociera, ale jest z tym na pewno lepiej niż jakiś czas temu. Innymi słowy: Mój problem jest w znacznej części spowodowany poczuciem niższości wobec innych mężczyzn/rówieśników, które wynika z posiadania skłonności homoseksualnych.

Trwanie we wspólnocie sprawiało, że zacząłem mieć świadomość, że Bóg jest Kimś. Bóg to konkretna Osoba, którą chcę poznawać i której chcę powierzyć swoje życie. Zacząłem walczyć z masturbacją (wyliczyłem sobie ile razy mogłem popełnić w życiu ten grzech. Na pewno przekroczyłem 1000). Sakrament Spowiedzi stawał się coraz głębiej przeżywany (uspokajanie sumienia). W końcu, kiedy zbliżał się czas Bierzmowania, zechciałem zrobić z sobą coś bardzo konkretnego, zawalczyć z masturbacją, żeby przygotować się na otrzymanie dojrzałości w wierze. Poprosiłem Ojca jezuitę, który jeszcze nie raz się przewinie w tym świadectwie, o bycie moim spowiednikiem. Spowiadałem się u niego regularnie. On znał mnie, więc nie robiło już na nim wrażenia moje, pełne erudycji, wyznawanie grzechów (nie miałem nigdy większego kłopotu z mówieniem). Wiele razy krępowałem się iść do jego konfesjonału, bo bałem się utraty mojej "pozycji" (nie potrafię znaleźć innego określenia). No i tak się zaczęło poprawiać, pod tym względem, że okresy życia w czystości zaczęły być dłuższe od tych, w których się masturbowałem. No, to już coś ;) W międzyczasie odkryłem jednak internet. Na początku czaty gejowskie. To właśnie przez to skłonności w moim przypadku nasiliły się.

W związku z dłuższymi okresami życia w czystości, upadki niejednokrotnie były bardziej bolesne. Pojawiała się też nienawiść do siebie. Dzisiaj potrafię oddzielić moje postępowanie ode mnie. To znaczy. Jeśli grzeszę, to nie jestem zły, złe jest moje postępowanie. Potrafię też brać odpowiedzialność za moje sukcesy i błędy. To ważne. Głównym problemem i kłopotem stały się skłonności. Chęć bliskości z innym facetem, pragnienie podziwiania jego ciała... Każdy, kto zmaga się ze skłonnościami homoseksualnymi wie, jakie to cholerne uczucie. Całkowita beznadzieja. (Pozornie oczywiście) Właziłem na strony z pornografią homoseksualną, zawierałem wirtualne znajomości, a później użalając się nad sobą, zastanawiałem się, czy tak zostanie do końca życia… Wtedy prosiłem Boga, żeby pomógł. Wszystko ma swój czas! No, ale myślałem też, czy nie zrobić tego jednego kroku za dużo. Czy nie sprawdzić, jak to jest... Spróbować. Może byłbym szczęśliwszy? Głupi, nie potrafiłem zobaczyć, że włażenie na te strony, wirtualny seks, to już był ten krok dalej, a szczęścia mi nigdy nie dał. Dawał mi tylko poczucie klęski, jeszcze większe poczucie niższości i żal. Znów ratunek przyszedł w bagnie. Taplałem się w jakimś kolejnym błocie, a Pan Bóg tam właśnie mnie znalazł. Tam mnie odszukał, żeby pomóc. Dał mi nadzieję. Wstąpiłem do grupy wsparcia. Tam zaspokajałem swoje potrzeby emocjonalne, czułem się dobrze. Istne ciepełko. Nie to jednak, tak na serio, było mi potrzebne. Nie to, pozorne wygrywanie. Jednak zadziało się tam sporo, a bez tego nie poszedłbym pewnie dalej. Bóg ma swoje plany. Wszystko ma swój czas!

| 1 | 2 | 3 | następna >>
powrót na górę