strona główna
program zdrowienia
podstawy działania
świadectwa
  - czym dla mnie jest Pascha...
  - 15 miesięcy w Passze...
  - wszystko ma swój czas
  - historia Alana Medingera
  - Artur z Paschy
  - kleryk Tomek
  - Jacek z Paschy
  - Maciek z Paschy
  - Krzysztof z Paschy
lektury
ważne pytania
współpraca
sponsorzy
linki
kontakt
mapa strony




15 lat miesięcy w Passze...

15 miesięcy w Passze... Chyba to najwyższy czas, by dać świadectwo, czy droga, którą idziemy ma jakiś sens i czy gdzieś po tylu miesiącach ciężkiej walki ten upragniony szczyt, który nazywamy K2, pojawia się na horyzoncie. Otóż nie tylko, że się pojawił, ale jest bardzo blisko!!! :) I zawdzięczam to Passze – mimo, że nie było łatwo.

Najtrudniejszy był pierwszy etap – wejście do Paschy. Kiedy zobaczyłem tych wszystkich, nieufnych i nieskorych do otwarcia chłopaków w Różanymstoku dwa lata temu. Kiedy zobaczyłem, że nie jest to grupa, w której będą mnie pieścić i użalać się nade mną – a wydawało mi się, że tak powinno być, bo przecież już tyle wycierpiałem, że należy mi się odrobina współczucia i zainteresowania. Rzeczywistość okazała się inna. W czasie tamtych rekolekcji zobaczyłem, że jeżeli potrzebuję relacji to muszę o nie poprosić, że jeżeli potrzebuję wsparcia i przyjaźni to muszę wyciągnąć rękę. Jeżeli oczekuje otwarcia ze strony drugiego człowieka to najpierw ja muszę otworzyć siebie. Wiem, że wielu z nas oczekuje, że przychodząc do grupy, wszyscy przyjmą nas z otwartymi rękami, wybiegną nam na spotkanie i ze zrozumieniem będą współczuli naszej doli. Takie też było moje oczekiwanie – i dlatego w tym miejscu chcę jeszcze raz podziękować im za to, że pozwolili mi na trud tworzenia relacji z nimi, pozwolili mi na trud wychodzenia ze swojego małego świata i pokonywania swojego lęku przed odrzuceniem. Dzisiaj jestem im wdzięczny, że nie wyszli do mnie pierwsi!!! To był pierwszy sukces – pokonanie siebie. I od tego momentu wiedziałem, że jeśli chcę zdobyć swój cel, to musze włożyć w to maks swoich możliwości. To zabrzmi niewiarygodnie, ale od tego dnia robiłem wszystko na przekór sobie. Czułem się jak szpieg, śledziłem wszystkie momenty każdego dnia, w których odzywał się mój lęk, a kiedy taki moment znalazłem, to zawsze zadawałem sobie gwałt, łamałem siebie. To przejawiało się w tysiącu szczegółów. Nie były to wielkie czyny (choć i takich nie brakowało), ale czuję, że najwięcej dało mi to pokonywanie siebie w drobnostkach. Np. kiedy miałem z kimś się skontaktować to zamiast wysyłać smsa (co jest banalnie proste) to zmuszałem się do telefonu i rozmowy. Może to wydaje się wam głupie, ale w tamtym czasie przed każdym telefonem, przed każdą rozmową, szczególnie z mężczyznami, ja przeżywałem katorgi, miałem bóle wszystkich części ciała, serce waliło mi jak młot, nie mówiąc już o bezsenności. A od tamtego momentu już sobie nie pozwalałem na taką ucieczkę – czasami cały dzień odwlekałem telefon, ale z dnia na dzień było łatwiej. Potem zamiast dzwonić, to zacząłem spotykać się, żeby coś przekazać itd. Zacząłem robić to, czego zawsze się bałem. Trudno jest mi teraz znaleźć konkretne przykłady, ale postawa moja była taka – jak coś wzbudzało mój lęk to to robiłem. Może banalne. Ale gdybym miał dzisiaj w jednym zdaniu powiedzieć, co jest kluczem do odzyskiwania pełni męskości, to bym powiedział – pełna determinacja i brak jakichkolwiek kompromisów z własnym lękiem. To tyle jeśli chodzi o relacje z drugim człowiekiem. Ten proces trwa oczywiście cały czas. Codziennie pojawiają się nowe wyzwania.

Jeśli chodzi o skłonności homoseksualne – tutaj też byłem bezkompromisowy. W jednym dniu (w dniu wstąpienia do Paschy) odciąłem się od wszystkiego, co w jakimkolwiek stopniu przypominało mi o moich skłonnościach. Wyprowadziłem się z domu (miałem to szczęście, że stać mnie było na samodzielne życie), w mojej kawalerce nie zainstalowałem internetu, telewizji itp. Nie zgrywałem bohatera, wiedziałem, że jestem za słaby, by co wieczór zmagać się z tymi pokusami. A byłem maksymalnie uzależniony od pornografii, w zasadzie przed wstąpieniem do Paschy to każdy wieczór do 4 nad ranem spędzałem przy komputerze. Po roku takiego „nocnego” życia byłem gotowy puścić się z każdym i byle gdzie. Na szczęście w porę pojawiła się Pascha. Gdy patrzę na to dzisiaj to wiem, że to był ostatni gwizdek. I kiedy zdecydowałem się na Paschę to położyłem wszystko na jednej szali, zniechęcony tysiącem razy kiedy sam próbowałem sobie z tym poradzić i wciąż nie wychodziło, wtedy postanowiłem spróbować jeszcze raz, ale już nie sam, tylko z Paschą.

| 1 | 2 | następna >>
powrót na górę