Mam na imię Tomek i jestem alumnem jednego z seminariów diecezjalnych. Piszę do Was Bracia by pokazać jak to było w moim życiu.
Otóż problemy homoseksualne pojawiły się mniej więcej na początku szkoły średniej, w drugiej klasie, ale dokładnie nie pamiętam. Od samego początku nie umiałem sobie z tym poradzić. Bardzo bałem się tego, co dzieje się we mnie, a także bałem się o tym mówić komukolwiek. Jednak z upływem czasu brnąłem w to bagno... Zaczęło się bardzo niewinnie, bo najpierw od czata, potem pierwsze strony gejowskie, no i oczywiście problem z masturbacją… Wszystko bardzo szybko się rozwijało, że po pewnym czasie straciłem nad tym kontrolę.
Działo się to w dziwnych okolicznościach, gdyż właśnie w tym czasie przeżywałem swój powrót do Pana Boga, po młodzieńczym buncie wiary. Więc można powiedzieć, że prowadziłem podwójne życie. Jedno to na czacie, a drugie w Kościele.
Ministrantem zostałem w wieku 6 lat (wiem, że to wcześnie, ale tak było), wiec z Kościołem byłem związany praktycznie od zawsze. Już od najmłodszych lat „ciągnęło” mnie do ołtarza. Od samego początku „zakochałem się” w Eucharystii i liturgii.
Kiedy przyszedł czas matury i dokonania wyborów byłem pewien co będę robił w życiu. Miałem już poukładane wszystko: wymarzone studia z bardzo dobrą perspektywą na przyszłość oraz pracę. Czyli jak na początek całkiem nieźle. Jednak cały ten misterny plan został zburzony bardzo szybko.
We wakacje wyjechałem na rekolekcje i tam wszystko się zaczęło… Pan Bóg znowu się o mnie upomniał. Zacząłem znowu odczuwać pragnienie kapłaństwa. Nie umiałem sobie z tym dać rady. Wiedziałem z czym mam problemy, że „coś” jest nie tak w moim życiu. Jednak wołanie Pana Boga było tak silne, że nie umiałem się sprzeciwić po raz drugi.
Postanowiłem iść do seminarium i „spróbować” życia kapłańskiego. W głębi serca jednak myślałem o swoim problemie. Wydawało mi się, że jest on zbyt poważny i to dyskwalifikuje mnie z możliwości bycia kapłanem. Myśli te bardzo często mi się przewijały i nie umiałem sobie z tym poradzić. Do tego wszystkiego nie mogłem sobie poradzić z masturbacją.
Już na pierwszym roku poszedłem do kierownika duchownego i rozmawiałem z nim o tym. Starałem się być szczery, ale chyba nie bardzo mnie to wychodziło, bo rozmowy nic mnie nie dawały. Znowu zamknąłem się z tym problemem. I tak żyłem od spowiedzi do spowiedzi. Szukałem w swoim wnętrzu przyczyn moich problemów, ale nie bardzo umiałem je umieścić w „schemacie”, bo nie miałem zranień w kontaktach z ojcem, czy mamą. Nie wiedziałem dlaczego mnie to spotkało.
Na trzecim roku przyszedł mój kryzys i wtedy to zacząłem gruntowną rewizję swojego życia. Zmieniłem spowiednika i rozpocząłem praktycznie na nowo. Wtedy po raz pierwszy przeżyłem spowiedź generalną z moich odczuć homoseksualnych. Poczułem się wtedy jak nowonarodzony, ale to dopiero był początek. A jak to bywa na początku piękne postanowienia… I tak też było.
Sprawdzianem były wakacje, gdzie upadłem dotykając samego dna, niżej niż kiedykolwiek. Czułem się z tym źle i nie umiałem sobie z tym poradzić. Poznałem fantastycznego chłopaka. Zakochałem się po uszy…
Kiedy wracałem po wakacjach do seminarium miałem w głowie tylko jedno: po co ja tam jadę. Ja już dalej nie wytrzymam tego. To jest zbyt trudne. Tam, na zewnątrz, jest ktoś, kto mnie kocha…
|